3 rec pl krzysztof dziewieckiŚląsk, nr 8, sierpień 2014
Kopciuszek - baletowa premiera w Operze Śląskiej

 

"...Kierownictwo muzyczne premiery sprawował Krzysztof Dziewięcki... Dużo dobrego można powiedzieć o stronie muzycznej spektaklu. Dobrze zgrana orkiestra włożyła w wykonanie ekspresyjnych Prokofiewowskich melodii wiele serca. Kulminacyjny walc zabrzmiał doprawdy imponująco..."

 

 

***

 

PRESTO on-line Nr.8 czerwiec 2014
(Premiera Kopciuszka S. Prokofiewa maj 2014)

"...Wdzięk, ekspresja i dynamika Niesamowity spektakl obrazów, światła, tańca i muzyki. A muzyka nie jest przecież łatwa. Po spektaklu zamieniłem kilka słów z dyrygentem Krzysztofem Dziewięckim. Powiedział mi, że jest to niesamowicie trudny, choć piękny utwór do prowadzenia. Rytmiczny – w stylu nieraz przypominającym Gershwina, ale jednocześnie melodyjny o bardzo trudnej harmonizacji i orkiestracji. A orkiestra brzmiała pod batutą Dziewięckiego bardzo dynamicznie, wręcz soczyście. Dało się wyczuć wielkie rozsmakowanie muzyków w utworze, co musiało mieć wielki wpływ na taniec. A przyznać trzeba, że tancerze również nie zawiedli..."

ks. Adrian Nowak

***

 

Śląsk, Nr 8, styczeń 2013
Karnawałowa uczta
(Premiera Barona Cygańskiego J. Straussa, grudzień 2012, Opera Śląska)
Maria Sztuka

...Ucztę muzyczną zapewnił Krzysztof Dziewięcki. Ten znakomity dyrygent wprawdzie bardziej znany z premierowych nagrań archiwalnych muzyki polskiej S. Moniuszki, F. Nowowiejskiego, K. Kurpińskiego czy J. Gablenza, jak zwykle nie zawiódł publiczności. Nawet najbardziej szlagierowe arie (jak choćby Wielka sława to żart) są precyzyjnie dopracowane i, jakby realizując marzenie Johanna II o skomponowaniu opery, bardziej eksponował ich dramatyzm, niż przypisany operetce komizm.
W efekcie otrzymaliśmy porcję niezwykłych i nie pozbawionych wzruszeń emocji...

 

***

 

TWOJA MUZA Nr. 1/2012
Czas na Marię
(Premiera Marii Stuardy Donizettiego, grudzień 2011, Opera Śląska)
Regina Gowarzewska-Griessgraber

…Całość muzycznie przygotował Krzysztof Dziewięcki i słychać, że pod jego batutą powstała bardzo spójna koncepcja muzyczna utworu, łącząca warstwę wokalną z wyrównanym, dobrym brzmieniem orkiestry . W efekcie otrzymaliśmy bardzo ciekawe przedstawienie, które warto zobaczyć.

 

***

 

RUCH MUZYCZNY, 25 grudnia 2011, Nr 26
Muzyka polska na Święto Niepodległości
Krzysztof D. Szatrawski

...Orkiestrę poprowadził Krzysztof Dziewięcki, dyrygent dobrze w Olsztynie znany, zapamiętany jako dyrektor artystyczny filharmonii, ostatnio częściej pojawiający się na estradzie tej instytucji...
Serenada (op.2 M. Karłowicza) musiała zachwycić: orkiestra brzmiała doskonale, grając z wyraźną swobodą i pozwalając dyrygentowi na misterne budowanie eleganckiej interpretacji. Dziewięcki jest artystą wyczulonym na finezyjne, subtelne emocje, który potrafi połączyć lekkość frazy z logiką formy oraz zdecydowaniem w kontrastach brzmieniowych i ekspresji rytmicznej. Serenadę Karłowicza interpretował z doskonałym wyczuciem kwintetu, kształtując barwy i dynamikę w duchu francuskiego neoromantyzmu, czym niewątpliwie zyskał sympatię publiczności.
Drugą część wieczoru wypełniły przebojowe uwertury i tańce - przede wszystkim Moniuszki (uwertura Paria oraz Tańce góralskie i Mazur z Halki), ale także Elsnera (uwertura Echo w lesie) i Kilara (polonez z filmu Pan Tadeusz). Nie zabrakło brzmiących tutti, kontrastujących z subtelnie przeprowadzonymi fragmentami lirycznymi, dostawało też precyzji rytmicznej i artykulacyjnej... Dobrze, że jakość wykonań, zwłaszcza w drugiej części, mogła budzić wyłącznie uznanie...

 

***

 

Śląsk nr 8/08-2009
"Manru, chłopski król!"
Wiesława Konopelska

(...) "Manru" Laco Adamika zachwyca od pierwszej sceny, od pierwszych taktów. Jest dziełem na wskroś współczesnym i nowoczesnym. Poprzez symboliczne przenikanie się światów (w pierwszym akcie remiza jest miejscem spotkania chłopów, w trzecim miejscem tragedii dziejącej się w społeczności cygańskiej) próbuje zadawać pytania o dzień dzisiejszy. Służy temu również znakomicie opracowany ruch sceniczny - poszczególne sceny budowane są na zasadzie przeciwieństw, postaci zastygają w bezruchu, jak filmowe stop klatki, odwróceni do siebie i świata plecami bywają członkowie społeczności chłopskiej i cygańskiej -wyrzekając się w ten sposób tego, który nie jest w stanie sprostać wyzwaniu bycia chłopem lub Cyganem.

Wspaniałe operowanie światłem, które wskazuje widzowi jasne strony dramatu - to zabawa w remizie, to dom Manru, w którym przebywa wraz z żoną Ulaną i dzieckiem - biel światła wycina ten kawałek życia z codziennej egzystencji i rzeczywistości, jaśniejący biały pokój otula miłość Manru i Ulany i ich niewinne dziecko. Dom - ostatnia ostoja spokoju, poza nim jest tylko ostateczność. Światło wskazuje też ciemną stronę wydarzeń - mroczne szrotowisko telewizorów, które próbuje - szukając dochodowego zajęcia, naprawiać Manru. Ledwo tlące się błyski światła jakby miały za zadanie ukryć siedlisko Manru i Ulany przed oczami innych, odciąć ich od świata żywych. Kiedy Ulana postanawia zakończyć swe życie, nie widząc żadnej możliwości wybrnięcia z tragedii, jej postać rozpływa się w strugach jaskrawej bieli światła, jej postać wchodzi w ten słup światła, będący symbolem odejścia z życia w ogóle, może do lepszego świata...?

W drugim spektaklu "Manru" (pierwszego nie mogłam obejrzeć) główne postaci kreowali: Manru - Juliusz Ursyn Niemcewicz - jakby stworzony do tej roli i Jolanta Wyszkowska - Ulana. Niemcewicz stworzył ekspresyjną, bardzo wiarygodną postać Cygana. Jednak nie do końca wyzbył się swojej maniery "zaśpiewów", co można mu jednak wybaczyć, zważywszy na bardzo udaną kreację. Swoją partię znakomicie wyśpiewała Wyszkowska, budując postać pogłębioną zarówno pod względem aktorskim jak i wokalnym.

Bardzo dobrze wypadli również i inni bohaterowie dramatu: Grażyna Marek w roli matki i Bogdan Kurowski jako Oroz, Paweł Kajzderski w roli Uroka i Magdalena Spytek w partii Azy. Chciałoby się oczywiście słyszeć jeszcze doskonalej wykonane poszczególne role, bez przytrafiających się niedociągnięć wokalnych. Podczas pierwszego wieczoru premierowego wykonawcami głównych partii "Manru" byli: Maciej Komandera (Manru), Joanna Kściuczyk-Jędrusik (Ulana), Iwona Noszczyk (Jadwiga), Adam Woźniak (Urok), Katarzyna Haras (Aza), Tadeusz Leśniczak (Jagu) i Zbigniew Wunsch (Oroz). Na wysokości zadania stanęli: chór Opery Śląskiej przygotowany przez Annę Tarnowską i znakomicie grająca orkiestra pod dyrekcją Krzysztofa Dziewięckiego.(...)

 

***

 

NASZ DZIENNIK, 1 czerwca 2009, Nr 127 (3448)
"Zerwanie z tradycją"
Adam Czopek,
Po premierze "Manru" w Operze Śląskiej w Bytomiu

Kolejna inscenizacja zrealizowana w myśl wyznawanej ostatnio zasady zrywania z tradycją. Akcja toczy się tu i teraz, a bohaterowie dramatu odziani są w zwyczajne ubrania. Znikają operowe koturny, zostają zwykli ludzie z ich uczuciami i emocjami.(…)

Pokazane to zostało w sposób ascetyczny, w surowej, mrocznej scenografii, w nieokreślonym miejscu i czasie, dzięki temu opera Ignacego Jana Paderewskiego nabrała bardziej aktualnej wymowy. Reżyser unikał przysłowiowej cepeliady, skupiając się na tym, by widz odebrał całość przez pryzmat konfliktów współczesnego świata, łącznie z pokazaniem walki o władzę. Wierny swoim założeniom reżyser zmienił też zakończenie opery. W finale Manru nie ginie - jak chce libretto - z ręki Uroka. Życia pozbawi go Oroz, przywódca Cyganów, który przegrał z Manru walkę o przywództwo w grupie. (…)

Ta opera to pierwszy dramat muzyczny w polskiej twórczości operowej. Neoromantyczna muzyka Paderewskiego, w znacznym stopniu inspirowana dziełami Wagnera, zawiera imponujące partie symfoniczne orkiestry i potężne, pełne dramatycznych uniesień, partie wokalne. Do partytury, o wyjątkowo bogatej instrumentacji, włączone zostały również elementy folklorystyczne - motywy cygańskie i tańce górali tatrzańskich. Tak też została pokazana ta interesująca muzyka. (…)

Dyrygował Krzysztof Dziewięcki, który zrobił wszystko, by pokazać pełną klasę muzyki Paderewskiego. Godnego partnera znalazł w tym względzie w dobrze grającej i brzmiącej orkiestrze.

W obsadzie kreację godną zapamiętania stworzyła, w partii Ulany, Joanna Kściuczyk-Jędrusik. Jej wyrównany na całej skali sopran o dramatycznym zabarwieniu i dużej sile okazał się znakomitym w tej trudnej partii. W roli Uroka partnerował jej Adam Woźniak obdarzony potężnym głosem barytonowym, który pozwolił mu w pełni oddać charakter i emocje swojego bohatera.(…)

I.J. Paderewski "Manru", reżyseria: Laco Adamik, scenografia: Milan David, kostiumy: Jana Hauskrechtova, premiera 30 maja.

 

* * *

 

DZIENNIK ZACHODNI, 24.11.2008
Marlena Polok-Kin,
Zabrze

Na oskarową galę i koncert „Serce za serce” zabrzańska Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii zaprosiła
w sobotę już siedemnasty raz. Impreza powróciła w tym roku do Domu Muzyki i Tańca.

Podczas sobotniego koncertu „Serce za serce” wystąpili najlepsi śląscy artyści. Oskarową galę uświetnił znakomity występ śpiewaków Opery Śląskiej. Na scenie pojawili się cenieni soliści Joanna Kściuczyk-Jędrusik, Leokadia Duży, Nina Nowak oraz Dawid Różański i Jarosław Kitala. Zaśpiewali znane przeboje operowe i operetkowe, musicalowe, a także z repertuaru gwiazd popu. Towarzyszył im chór, balet i orkiestra pod batutą Krzysztofa Dziewięckiego. Koncert poprowadziła świetnie uzupełniająca się artystyczna para – Joanna Kściuczyk-Jędrusik oraz Jacenty Jędrusik z chorzowskiego Teatru Rozrywki.

 

* * *

 

KREISBOTE ONLINE, 01.08.2006
Landsberg to nie Werona
Opera Śląska z Nabucco na Placu Hellmaiera

...Publiczność przyzwyczajona do konwencjonalnych przedstawień cieszy się z rozluźnionej atmosfery podczas przedstawień na wolnym powietrzu. Szczególnie, kiedy posiadają odpowiedni wymiar artystyczny. Nie ma znaczenia, że orkiestra nie jest umieszczona w orkiestronie przed sceną. Przedstawienie opery Verdiego Nabucco na Placu Hellmaiera było ładną, podobającą się inscenizacją oraz mile widzianym wzbogaceniem pięknego, letniego niedzielnego wieczoru. Państwowa Śląska Opera z Bytomia wprowadziła widzów na całkowicie zapełnionym placu na dwie i pół godziny w świat włoskiego belcanta....

Soliści Opery Śląskiej pod jej dyrygentem Krzysztofem Dziewięckim wnieśli na scenę przyjemnie trzeźwą inscenizację. Śpiewacy, u nas prawie nieznani, wyróżniali się na ogół dobrymi osiągnięciami. Ich głosy były wyważone. Tempo było radośnie szybkie, co wywoływało skojarzenia z genialnymi nagraniami Verdiego Artura Toscaniniego. Również scenografia była wstrzemięźliwie rzeczowa. Dobrze odcinało się czarne tło sceny od wieczornego nieba nad Placem Hellmaiera, a przyjemnie kolorowe, lekko historyczne stroje protagonistów bardzo dobrze charakteryzowały poszczególnych odtwórców.

Przedstawienie to zakończyło się owacją na stojąco – artyści oczywiście musieli na bis jeszcze raz zaintonować chór więźniów. Landsberg to nie Werona...lecz przez krótką chwilę mógł marzyć,
że jest Weroną...

 

* * *

 

www.ipolen.at 25.03.2006
Sukces Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk" w Wiedniu
dr Janina Osses-Frei

…Brawurowy występ 90-osobowego Zespołu "Śląsk" zachwycił swoją żywiołowością i znakomitymi umiejętnościami baletowymi oraz wokalnymi popisami bardzo licznie zgromadzoną publiczność austriacko-polonijną. To wielkie barwne widowisko podbiło serca całej widowni kolorowymi, bogatymi strojami, pięknymi tańcami ludowymi i śpiewem solistów oraz chóru. Zespołowi towarzyszyła znakomicie grająca własna orkiestra dyrygowana przez dyrektora muzycznego Krzysztofa Dziewięckiego.

…Finał występu całego Zespołu "Śląsk" z "Krakowiakiem" wykonanym ogniście i brawurowo wprowadził publiczność w stan totalnego zachwytu.

Owacja na stojąco widowni i ogromne brawa zmusiły Zespół "Śląsk" do bisowania.

Publiczność mimo późnej pory po 3 godzinnym występie nie chciała długo rozstać się
z roztańczonym Zespołem Pieśni i Tańca "Śląsk".

Na koncercie - Zespołu "Śląsk", który odbył się pod patronatem honorowym ambasadora Polski Marka Jędrysa, byli także obecni przedstawiciele Ambasady Polskiej w Wiedniu: Radca Adam Hałaciński, Konsulowie Tadeusz Oliwiński i Andrzej Kuźma. Koncert Zespołu "Śląsk" oklaskiwały też osobistości polonijne: znany, wybitny pisarz prof. Adam Zieliński oraz ksiądz Wojciech Kucza i ksiądz Dziekan Edward Daniel. Obecne były media i liczne organizacje polonijne. Ekipa telewizyjna z Polski nagrywała koncert i reakcje oraz opinie publiczności po Koncercie, które były pełne pochwały i zachwytu dla wykonawców.

Należą się wielkie gratulacje i podziękowania dla znakomitego Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk" pod dyrekcją Adama Pastucha, Jerzego Wójcika i Krzysztofa Dziewięckiego a także słowa uznania dla organizatora Koncertu w Wiedniu redaktor Renaty Olczykowskiej za podjęcie trudu i ryzyka tego przedsięwzięcia.

 

* * *

 

BLIŻEJ „ŚLĄSKA”, 01.07.2005
Elżbieta Jatulewicz

„…Z letargu wyrwał nas Pan Krzysztof Dziewięcki, dyrygent, o którym artyści mówią, że On to właściwie nie dyryguje zespołem, On ten zespół wyczuwa.

…zabrzmiał ostatni utwór – Alleluja. Zespół wzniósł się na wyżyny sztuki wykonawczej, unosząc nas ze sobą. …”

 

* * *

 

PRZEGLĄD, 5 grudnia 2004

„Nowojorski benefis 50. rocznicy pierwszego koncertu „Śląska”

Deborah Lindberg, pedagog muzyczny, oczarowana była poziomem orkiestry „Śląska” pod dyrekcją Krzysztofa Dziewięckiego. – Symfoniczna orkiestracja, a nie ilustracja na poziomie kapeli ludowej była miłym, pozytywnym zaskoczeniem. To rzadkie w przypadku zespołów folklorystycznych – mówiła do radiowego mikrofonu. (Występy w Beacon Theatre na Broadway’u w Nowym Jorku 21 listopada 2004)

 

* * *

 

HEIDE KURRIER, 18.08.2004
Soltau,

„Nabucco”: Owacje na stojąco

Opera na wolnym powietrzu zachwyciła mimo deszczu ponad 1500 słuchaczy. Inscenizacja, wykonawcy, chór ze słynnym hymnem wolności potrafił zachwycić....

Nawet między poszczególnymi aktami były brawa dla śpiewaków oraz dla grającej z wyczuciem orkiestry, która znalazła miejsce w namiocie obok sceny – z pewnością wyraźny znak, który zapowiadał co się działo na scenie i w namiocie orkiestry....

 

* * *

 

WITTLAGER KREISBLATT – LOKALES,
Bad Essen
18.08.2004

„Jedyne w swoim rodzaju kulisy ze sceny, kościoła i pruskiego muru”

Opera Śląska z Bytomia ze Śląska gościła z „Nabucco” na Placu Kościelnym w Bad Essen – uczestniczyło 1250 słuchaczy....

Orkiestra ze Śląska stworzyła optymalne ramy dla przedstawienia na scenie Placu Kościelnego.

Uroczystym 4-frazowym wstępem blachy orkiestra pod kierownictwem Krzysztofa Dziewięckiego wirtuozowsko rozpoczęła wieczór operowy znaną uwerturą....

Orkiestra akomaniowała raz powściągliwie, to znów tryskając dynamiką.

 

* * *

 

BAD ZWISCHENAHN,
21.08.2004

„Znakomicie ujęte nastrojowe cechy muzyczne”

Przedstawienie operowe na wolnym powietrzu
- Opera Śląska z Bytomia zachwyca nad jeziorem operą „Nabucco”.

Przed Starym Domem Zdrojowym Bytomska Opera Śląska wystawiła trzecie dzieło operowe Verdiego „Nabucco” na wolnym powietrzu
w języku oryginalnym na tymczasowej scenie i to w sposób godny szacunku, ujmując znakomicie cechy muzyczne. Subtelnie rozwinięte muzyczne, szczytowe punkty dramatyczne....

Już w uwerturze umieszczona w małym namiocie, bez bezpośredniego kontaktu wzrokowego ze sceną (znacznie zredukowana) orkiestra przy zdecydowanym prowadzeniu przes swojego dyrygenta grała z rytmiczną precyzją. Żwawo lub też uroczyście zabrzmiało potpourri głównych melodii w stylu belcanto.

Orkiestra pod kierownictwem Krzysztofa Dziewięckiego spełniła swoją rolę jako akompaniujący interpretator, umiarkowanie i finezyjnie dawkując muzyczno-dramatyczne momenty szczytowe.

Chór i orkiestra dziękowały mimo lekkiego deszczu i chłodu późnych godzin wieczornych publiczności liczącej wiele setek osób powtórzeniem wciąż atrakcyjnego hymnu wolności „Va pensiero”
za uzasadnione owacje i okrzyki „brawo!”.

 

* * *

 

Don Kichot

Opera śląska w Bytomiu Insc. i choreografia Henryk Konwiński, kierownictwo muzyczne K. Dziewięcki, premiera 27 września 2003

ŚLĄSK - Wiesława Konopelska

...Widać było, że przy realizacji Don Kichota spotkali się ludzie dobrze rozumiejący się: choreograf, kierownik muzyczny - Krzysztof Dziewięcki - wydobywający z partytury wszystko, co najpiękniejsze
w tej muzyce, scenograf i oczywiście zespół baletowy oraz soliści. Wszyscy zasłuzyli na wielkie brawa. A sylwetka Don Kichota na długo pozostanie w pamięci każdego, kto na ten spektakl się wybierze.

 

* * *

 

TYGODNIK PONIDZIA lipiec 2001
Robert Gwóźdż

Międzynarodowy Festiwal Muzyczny im. Krystyny Jamroz - Księżniczka Czardasza

Dzień piąty - czwartek - to finałowy spektakl - operetka w trzech aktach Imre Kalmana "Księżniczka czardasza" w wykonaniu orkiestry (dyrygował Krzysztof Dziewięcki), chóru i baletu Opery Śląskiej
w Bytomiu z występującymi gościnnie w rolach głównych Bogusławem Morką (Edwin) i Grażyną Brodzińską (Sylwia). To było prawdziwie królewskie zakończenie muzycznych festiwalowych spotkań w Busku Zdroju - mówili opuszczający po koncercie zgromadzeni w liczbie około tysiąca osób, zachwyceni spektaklem widzowie. Bogusław Morka i Grażyna Brodzińska wraz z całym zespołem pokazali najwyższy kunszt sceniczny, prezentując utwór operetkowy z całym jego wdziękiem będąc szczerze usatysfakcjonowanymi swoim występem - widząc odbiór i reakcję publiczności. Było nam szalenie miło, pomimo trudnych warunków scenicznych, że mogliśmy zaprezentować się
w operetce Kalmana - powiedzieli po zakończeniu spektaklu G. Brodzińska i B. Morka. Dla tak wspaniale reagującej publiczności warto było pokonać niewygody i dać z siebie wszystko co najlepsze - dodali artyści. Tak wdzięcznej publiczności dawno nie spotkaliśmy
na naszych trasach koncertowych - podsumowali na zakończenie.

Tegoroczny festiwal przeszedł do historii pozostawiając miłe wspomnienia, nobilitując miasto. Udział tak wspaniałych artystów i publiczność także stanowić będzie wspaniałe karty historii Buska Zdroju. Do zobaczenia za rok - żegnał się z festiwalem jego dyrektor Artur Jaroń.

 

* * *

 

Córka źle strzeżona (muz. Ludwig Hertel)
Opera Śląska w Bytomiu
Insc., reż. i choreografia Henryk Konwiński, kierownictwo muzyczne
K. Dziewięcki, premiera 23 kwietnia 2001

Zachwyca się Marek Skocza: "Proszę nie myśleć, że recenzent to franca, która zasiada na widowni tylko po to, by wybrzydzać! Nie muszę się tłumaczyć, ale ta uwaga jest mi potrzebna do stwierdzenia: dawno nie widziałem spektaklu, do którego nie miałem żadnych zastrzeżeń. Nawet najdrobniejszych nie można mieć wobec najnowszej baletowej propozycji Opery Śląskiej. Córka źle strzeżona... dopilnowana tu została w nawet najdrobniejszym szczególe. Gdyby operowe propozycje bytomskiej sceny, były realizowane tak, jak baletowe, moglibyśmy o ten teatr być spokojni. Jak na ironię, to przede wszystkim tancerzy pozbawił sali baletowej sierpniowy pożar. Tym większego podziwu godny jest ostateczny rezultat ich pracy. Brawo, brawo, brawo (...) Twórca choreografii i inscenizacji bytomskiej, Henryk Konwiński wybrał partyturę Petera Ludwiga Hertla, wzbogacając ją Jedwabną drabinką oraz fragmentami Włoszki w Algierze i Wilhelma Tella Gioacchina Rossiniego. Po wojnie to trzecia realizacja Córki źle strzeżonej na polskich scenach, trzecia, ale własna i najbardziej oryginalna. Łódzka Eugeniusza Paplińskiego w 1973 r. była bowiem przeróbką choreografii Fredericka Ashtona (wykorzystywał partyturę Ferdynanda L. Hrolda), której oryginalną wersję cztery lata później przedstawił Teatr Wielki w Warszawie. Twórca Córki źle strzeżonej, Jean Dauberval (...) dla wzmocnienia scenicznego wyrazu dążył do syntezy sztuki baletowej i pantomimy. Jego dzieło uznano za prototyp komicznego baletu z akcją. Tym tropem poszedł Henryk Konwiński. Stworzył dzieło nie tylko doskonale zrozumiałe bez pomocy drukowanego libretta, ale i wywołujące na widowni salwy śmiechu.
Nie poszedł przy tym w żadne eksperymenty, postmodernistyczne czy new age-owe tropy, dając niezwykle udaną lekcję klasycznego baletu,
z pięknym grand pas de deux (z adagiem, wariacjami i codą), pas d'action (urokliwe partie Kogucika i Kurcząt), tańcem charakterystycznym (w sabotach) czy z uroczo zarysowanymi ansamblami. W takiej sytuacji dużym nietaktem jest w programie pozbawienie Henryka Konwińskiego autorstwa choreografii; wydrukowano: inscenizacja i reżyseria. W tym zaś zakresie, u lwa sceny, jakim jest Konwiński, wyważony jest każdy szczegół, nic nie dzieje się przypadkowo, (kiedy widzę porzucony parasol, mogę być pewien, że on jeszcze zagra), jeden pomysł (przemycenie w snopkach Colina charakterystycznym do domu Wdowy) goni następny, jeszcze lepszy (wszystko, co dzieje się podczas burzy; firanka a la ślubny welon) czy rozbrajający (pazerność bogaczy dopowiedziana powrotem Alaina po parasol; rozwijanie wstążki w finale). Konwiński raz jeszcze okazał się mistrzem w kreowaniu miniopowiadań wokół zasadniczego wątku, który w Córce... jest akurat prosty i krótki (...) Uroczej tej sielance nad wyraz adekwatną i zgrabną plastyczną oprawę stworzył scenograf Jan Bernaś. Orkiestrę wybornie poprowadził Krzysztof Dziewięcki. Grzegorz Pajdzik w partii Colina raz jeszcze udowodnił, że nie ma dziś w zespole lepszych od siebie. Niezwykle udany duet z nim tworzy pełna dziewczęcego uroku, nienaganna technicznie Katarzyna Skalska w roli Lizy. Bawi pyszałkowatość Tomasa w wykonaniu Marka Bronszkiewicza, aktorska etiuda Barbary Konopkin w roli Notariusza, czułość Kokoszki Joanny Kurkowskiej oraz wigor i sceniczny temperament Kurcząt (zwłaszcza Kogucika, w tych rolach uczniowie bytomskiej szkoły baletowej). Cieszy ogromnie cały zespół, wyrównany, zdyscyplinowany, na scenie radosny. Zasłużone huragany braw zbierają kreatorzy dwóch arcykomediowych postaci: Kazimierz Cieśla jako arcytemperamentna Wdowa Simone i Daniel Aleksandrow w roli Alaina. W ruchu Konwiński ciekawie wydobył ich indywidualne umiejętności i warunki. Oni okazali się jeszcze arcymistrzami charakterystycznym w aktorskim wykreowaniu swych postaci. Kazimierza Cieśli tę umiejętność i nadzwyczajną kulturę scenicznącharakterystycznym (w kreowaniu postaci kobiety przez mężczyznę to niezwykle ważne) dobrze znamy. Daniel Aleksandrow staje się w tej mierze objawieniem. Bardzo świadomie, z wielką dyscypliną środków tworzy postać głupkowatego, niczym filmowe postaci Harpo Marxa, Alaina, brawurowo wykorzystując swe długie nogi (skoki! szus przez okno). To dzięki niemu wreszcie wiemy, dlaczego Alain nie miał u Lizy najmniejszych szans i dlaczego Wdowa Simone, której nikt w kaszę dmuchać nie ma prawa, na miłość córki w końcu przystaje" (Dziennik Zachodni 2001 Nr 96).
Podobało się Ewelinie Wilczek: "Od początku spektaklu organizatorzy zadziwiali widzów pomysłowością. Zapowiedzią miłosnej historii było wyświetlone na purpurowej kurtynie serce. charakterystycznym Po jej podniesieniu, na specjalnym ekranie pojawił się krajobraz podparyskiej, XVIII-wiecznej wsi. Były tam wszystkie elementy kojarzące się z sielskim życiem z dala od ruchliwego miasta: błękitna woda, pola mieniące się złotym łanem zbóż, a na horyzoncie znad niskich, wiejskich chat wyrastała wieża kościoła. Sielankowy obraz zepsuła dopiero groźna burza z błyskającymi piorunami i silnym wiatrem w Obrazie Trzecim. Cała akcja rozgrywa się głównie w gospodarstwie bogatej wdowy Simone. W postać tę, noszącą niezwykłej wielkości koronkowe czepce wcielił się Kazimierz Cieśla. Uczynił to niezwykle sugestywnie. Jego Simone jest kobietą nieco afektowaną, ale nawet złość nie pozbawia jej uroku. Drugą wyrazistą postacią, której każdorazowe pojawienie się na scenie wywoływało salwy śmiechu charakterystycznym na widowni, był Alain (Daniel Aleksandrow). Wraz ze swym ojcem Tomasem (Marek Bronszkiewicz) przybywa do domu Simone oświadczyć się córce Simone Lizie (...) Głuptas Alain fika koziołki, wyskakując przez okno wykonuje salta i ciągle bawi się czerwoną parasolką. Delikatna Liza (Katarzyna Skalska) zupełnie do niego nie pasowała. Zresztą jej wybrankiem okazał się ktoś inny, sprytny i energiczny Colin (...) Licznym solowym popisom zakochanych towarzyszą sceny zespołowe. Do barwnych korowodów wiejskich dziewcząt i chłopców przyłączają się także wiejskie zwierzęta:
kura i kogut z małymi kurczętami. Zgodnie z konwencją XVIII-wiecznej sielanki sztuka kończy się szczęśliwie.
Sobotnie przedstawienie udowodniło, że wyrazisty gest, ruch, mimika są w stanie zastąpić słowo. Znakomicie z nastrojem sztuki do libretta Jeana Daubervala współgrała muzyka. Stanowiła ona udaną mieszankę kompozycji Petera L. Hertla z fragmentami dzieł Gioacchina Rossiniego" (Gazeta w Katowicach 2001 Nr 95).
Oraz Marcinowi Hałasiowi: "Pół roku po pamiętnym pożarze sali tanecznej (...) bytomski zespół baletowy daje premierę. Czyżby moc w słabościach się doskonaliła, bo widowisko to godne najwyższej pochwały (...) Sprawdzony duet realizatorski Henryk Konwiński (choreografia) oraz Jan Bernaś (scenografia) bierze rzecz w swoje ręce i oto mamy spektakl najwyższej próby. Wielki w tym udział solistów, a wśród nich odnotujmy come back Kazimierza Cieśli, który po oficjalnym zakończeniu kariery znów pojawia się na scenie w jednej z wiodących ról (Wdowa). A że tańczyć mu już nie wypada matkuje i pilnuje, co czyni nadzwyczaj tanecznie. Idźmy dalej: pierwszoplanowy duet Katarzyna Skalska (Liza) i Grzegorz Pajdzik (Colin) jest naprawdę pierwszoplanowy i wielu chwilach perfekcyjny. Do tego dochodzi wspaniały Alain Daniela Aleksandrowa młodzieńczy, żywiołowy, beztroski, radosny, pełen temperamentu. Takie kreacje zapamiętuje się na długo. I dalej: doskonale przygotowana przez Krzysztofa Dziewięckiego orkiestra. Bernasiowa scenografia może nie odkrywcza, ale wyrazista, może konwencjonalna, ale nadzwyczaj trafna, zagospodarowująca całą przestrzeń (...) Bytomski balet kwitnie. Kwitnie, chociaż spalona sala, a burze huczą wokół nas" (Życie Bytomskie 2001 Nr 18).
Regina Gowarzewska-Griessgraber: "Sielankowa atmosfera urzeka widzów już od pierwszej chwili, bo gdy unosi się kurtyna, świat zmienia się w pastelowe cacko. Trzeba się jednak temu wszystkiemu lepiej przypatrzeć, by dostrzec przymrużenie oka ze strony scenografa Jana Bernasia. Bowiem namalowane meble wyginają się do nas zabawnie, maselnica nie trzyma żadnych proporcji, a przebojem są składane łany zboża. Jednak ten pogodny klimat już od pierwszej chwili pozwala widzowi zapomnieć o miejskim chaosie, czekającym tuż za drzwiami teatru. Publiczność bawi się znakomicie opowieścią, podaną tak wyraziście, że widz nie odczuje w niej braku słów. Czasem pewne przerysowane sytuacje przywodzą na myśl nieme filmy. Mamy tu wyraźny podział na bohaterów lirycznych i komicznych. Para Liza i Colin, czyli Katarzyna Skalska i Grzegorz Pajdzik, to nie tylko wdzięk, lekkość, ale i znakomita technika, powodująca, że ogląda się ich z prawdziwą satysfakcją. Wśród bohaterów komicznych najwięcej radości sprawił Daniel Aleksandrow w roli Alaina. Ujawnił bowiem nie tylko umiejętności baletowe, ale i wielkie umiejętności aktorskie, budując wyjątkowo konsekwentnie rolę głupka i wywołując kaskady śmiechu swymi błazeństwami. Opera Śląska ma zawsze dwa przedstawienia premierowe. Podczas drugiego, w Teatrze Śląskim,
w charakterystycznej i trudnej roli Wdowy Simone oglądaliśmy dobrego Witalija Jakimowicza. W pierwszym spektaklu w obsadzie znalazł się Kazimierz Cieśla. Wystąpili również: Marek Bronszkiewicz, Krystyna Prokopiak, Barbara Konopkin, Zespół Baletu Opery Śląskiej oraz uczniowie Szkoły Baletowej w Bytomiu. Inscenizację i reżyserię przygotował Henryk Konwiński, obdarzając spektakl serią pomysłowych rozwiązań, powodujących, że nie czuje się wieku przedstawienia. Bytomski balet nareszcie mógł się zaprezentować. Sporo tu było znakomitych scen zbiorowych, jak chociażby dożynki, piknik czy finałowa zabawa. Tancerze udowodnili, że warto na ich spektakle przychodzić, a dyrekcja nie powinna zapominać o regularności premier. Dodać jeszcze trzeba, że dobrego obrazu premiery dopełniła orkiestra, która pod ręką Krzysztofa Dziewięckiego, stała się nie tylko narzędziem muzycznej ilustracji, ale i częścią akcji przedstawienia" (Trybuna Śląska 2001 Nr 107).

 

* * *

 

Krzysztof D. Szatrawski

Petera Ludwiga Hertla La fille mal gardée

Dzieje kompozycji muzycznych do baletu La fille mal gardée mogłyby posłużyć jako pretekst do przedstawienia historii muzyki scenicznej ostatnich dwustu lat. I jeśli nawet taka opowiedziana dziejami jednego baletu historia nie objęłaby wielu istotnych wydarzeń, to i tak refleksje niewiele musiałyby się różnić od tych, które towarzyszą każdemu poważniejszemu namysłowi nad muzyczną przeszłością. Niewiele jest bowiem dzieł, które tak często przekomponowywano, które z takim uporem skazywano na zapomnienie a które w tak niewymuszony, naturalny sposób opierały się zmianom muzycznej mody, technik kompozytorskich czy polityce repertuarowej. Najstarszy balet w każdej swej inscenizacji może być baletem nowym, o czym przekonuje każdy powrót Córki źle strzeżonej na scenę.
Nie wiemy już dziś, kto był autorem pierwszej kompozycji muzycznej baletu. Prawdopodobnie sam Jean Dauberval opracowując libretto i choreografię dzieła dobierał najbardziej popularne a zarazem odpowiadające jego wizji fragmenty znanych sobie utworów, melodie taneczne, piosenki popularne i ludowe. W owym czasie balet i muzyka rządziły się innymi niż dziś prawami. Inaczej też postrzegano wartość oryginalności czy choćby kwestie praw autorskich.
Jeszcze w osiemnastym stuleciu plagiaty i autoplagiaty zdarzały się nawet geniuszom i nie można ich oceniać ze współczesnej nam perspektywy. Podobnie zresztą postępowali także twórcy późniejszych partytur tego baletu. Taki stosunek do muzyki baletowej rodzi konsekwencje, do których jeszcze powrócimy. Możliwe, że podczas przygotowania pierwszej partytury baletu z Daubervalem współpracował nieznany nam kompozytor. Faktem pozostaje, iż pierwsza partytura do najstarszego zachowanego baletu była raczej wiązanką osiemnastowiecznych francuskich przebojów niż dziełem muzycznym w dzisiejszym rozumieniu tego słowa.
Nie miało to jednak wpływu na sukces dzieła, które od premiery w 1789 roku, przez czterdzieści lat odnosiło sukcesy na najlepszych scenach baletowych. Z biegiem lat zmieniały się jednak muzyczne mody oraz gust i oczekiwania publiczności. O ile libretto Daubervala wciąż inspirowało choreografów, muzyka nie oparła się przemijaniu. Zamówiono więc nową wersję muzyki, którą przygotował ówczesny dyrektor chórów Académie Royale de Musique, znany później głównie jako kompozytor muzyki scenicznej Louis Joseph Ferdinand Hérold (1791-1833). W 1828 roku dzieło powróciło na scenę Opery Paryskiej w nowej oprawie dźwiękowej i do połowy XIX wieku ta właśnie wersja królowała na scenach europejskich. Nie chcąc zapewne odbiegać od charakterystycznego kolorytu pierwszej wersji, w swojej muzyce do La fille mal gardée Hérold posłużył się licznymi fragmentami zaczerpniętymi z pierwszej wersji oraz cytatami z oper Rossiniego. Hérold umiał podporządkować muzykę akcji baletu, znał gusta ówczesnej publiczności, nie zdołał jednak ustrzec się przed konwencjonalnością i brakiem konsekwencji, co zważywszy ilość cytatów nie powinno nawet dziwić. Stosunkowo krótkie było też życie jego wersji Córki źle strzeżonej, która w drugiej połowie XIX stulecia popadła w zapomnienie. I pewnie publiczność również dziś nie znałaby tej wersji, gdyby nie decyzja Johna Lunchbery'ego, który zamiast napisać nową muzykę do inscenizacji Fredericka Ashtona, odświeżył wersję Hérolda. Ta urzekająca prostotą i wdziękiem wersja dwóch utalentowanych i sprawnych warsztatowo kompozytorów ma po dziś dzień wielu zwolenników, choć faktem jest, że Lunchbery nie przekroczył granic wyznaczonych przez Hérolda, utrzymując swoje opracowanie w stylu sielankowo-klasycznym.
Kiedy w 1864 roku Paul Taglioni postanowił wystawić w berlińskiej Hofoper Córkę źle strzeżoną, która otrzymała niemiecki tytuł Die schlecht behütete Tochter, zwrócił się do swego przyjaciela, kompozytora i dyrygenta baletu w Berliner Oper Petera Ludwiga Hertla (1817-1899)
z prośbą o napisanie muzyki do spektaklu. Hertel wywiązał się z trudnego zadania znakomicie, przedstawiając solidnie opracowane dzieło muzyczne. Ale choć jego kompozycja była dziełem w większym stopniu niż poprzednie zwartym, on również nie ustrzegł się pokusie wzbogacenia utworu licznymi cytatami. Niewątpliwą zaletą jego partytury są wyrazistość zamysłu formalnego oraz sceniczna sugestywność. Było to dzieło bez wątpienia udane, choć niektórzy krytycy zarzucali mu konwencjonalizm i akademickość, zwłaszcza we fragmentach, w których dominuje ilustracyjność.
Cechą muzyki Hertla była klasyczna niemal prostota. Nie wolno jednak zapominać, że w owym czasie utwory Haydna studiowano jako wzorzec kompozytorskiego rzemiosła. Romantyczne ideologie nie tylko pozwalały dostrzec wartości w stylizowanej na ludowość sielance, pozwalały przede wszystkim szukać inspiracji w muzyce ludowej i stąd czerpać wzorce melodyczne i rytmiczne. A dowodów na wyostrzony zmysł muzycznej obserwacji w muzyce Hertla nie brakuje. Taniec kur, pełne radości życia rubaszne niemal tańce wiejskie przeplatają się tu z nawiązaniami do muzycznej poetyki klasyków, ambitne pas de deux z wariacjami oraz porywające fragmenty taneczne współistnieją ze scenami, w których muzyka pełni funkcje ilustracyjne.
Ilustracyjność muzyki Hertla mieści się w stylistyce dziewiętnastowiecznej. W nielicznych fragmentach kompozytor pozwolił sobie na wyjście poza ustalone przez klasyków normy.
W historii muzyki niewiele pozostało z owego okresu dzieł, które przekraczały granice ówczesnej estetyki. I z pewnością kompozycja Hertla do nich nie należy. Jest to raczej muzyka dobrze wyważona, łatwo poddająca się nastrojowi scen baletu, ale też w żadnym fragmencie nie popadająca w przesadny emocjonalizm.

 krzysztof dziewiecki dyrygent conductor 10